Diana - i miss You.

Ósmy lutego (10 dni pisać notkę - rekord) jest dla mnie datą szczególną, ale o czym już chyba pisałem już rok temu, tak mi się wydaje. Niestety mam sklerozę i nie chce mi się sprawdzać. Dla mnie to jest osobista notka, więc też chciałbym mieć ją na swoim blogu tutaj. Wiem, że zostanie ona automatycznie przetransportowana na blockchain Steem. Zaraz pewnie przychrzani się Pan F, jak do Pana E za to, że napisał jeszcze raz tę samą notkę tutaj na Dblog. Jak Ci nie pasuje człowieku to nie czytaj. Gdybym na miejscu Pana E miał więcej SP, to nie pozostałym dłużny. Nieważne.


*Nie wiem co to za cieć. Nie znam typa. Zdjęcie wykonane w okolicach wakacji 2004, kiedy Diana miała około 8-9 miesięcy. * IMG_20181216_143608.jpg

Otóż 15 lat temu (ale ten czas leci), w niedzielę 8 lutego 2014 roku nasza rodzina powiększyła się o nowego "członka", a raczej "członkinię", jeśli ktoś uważa zwierzęta domowe takie jak: psy lub koty za członków rodziny. To była mroźna, lutowa niedziela. Na dworze było sporo śniegu, a temperatura powietrza sięgała poniżej minus dziesięciu stopni Celsjusza. Wtedy pracowałem w ochronie (początki mojej kariery zawodowej, nigdy więcej), w jednym z zakładów przemysłowych w Katowicach.

Pech chciał, że jakiś sku... bo człowiekiem trudno takie coś nazwać... przerzucił przez ogrodzenie małego pieska, 3-miesięcznego szczeniaka. Pewnie dzieciak chciał psiaka jako prezent na Gwiazdkę, ale pewnie prezent szybko się znudził i trzeba było się go pozbyć. To było w takim miejscu, gdzie tuż przy hali produkcyjnej była skarpa (pomiędzy halą a skarpą była asfaltowa droga), a na jej szczycie było betonowe ogrodzenie. W tamtym miejscu psiaka znalazł mój kolega, taki Paweł, który robił obchód z innym kolegą (już nie pamiętam, chyba Mariusz miał na imię). Według jego opowieści tam tam właśnie znaleźli szczeniaka i przynieśli go do stróżówki.

Jak zobaczyłem to przestraszone maleństwo, które chowa się pod fotelem, to z miejsca się w nim zakochałem.

Muszę przyznać, że w tamtym czasie nie byłem zwolennikiem psów, wręcz nienawidziłem tych zwierząt i bałem się ich. Spowodowane to było traumatycznym przeżyciem z dzieciństwa. Mogłem mieć wtedy około 3 lat i wtedy pogonił mnie jakiś szczeniak, który chciał się ze mną pobawić. Do dziś pamiętam to zdarzenie, ale pies nie wydawał mi się szczeniakiem. Teraz się z tego śmieję, lecz wtedy nie było mi do śmiechu. Wtedy, można powiedzieć, zdarzył się cud, chociaż... w tego typu bzdury nie wierzę.

Postanowiłem, że wezmę ją do domu, ponieważ okazało się, że to suczka. Któryś z kolegów, chyba Paweł, nadał jej imię Diana i tak zostało. Jeszcze zadzwoniłem do domu, że przyprowadzę małego gościa, późniejszego członka rodziny, który z nami był 9 lat i 3 miesiące. O okolicznościach jej śmierci chyba już pisałem, ale najwyżej przypomnę tuż przed Dniem Matki, bo odeszła chyba 24 maja 2013 roku z powodu nowotworu.

Wracając do wydarzeń z 8 lutego 2004 roku. Jak skończyliśmy służbę wieczorem (pracowaliśmy na zmianach 12 godzinnych - w systemie : rano, nocka i dwa dni wolnego) to wziąłem Dianę ze sobą. Tak się składało, że wracaliśmy z Pawłem z Katowic do Dąbrowy G. autobusem i wtedy Diana dała "koncert" w autobusie. Płakała i wyła z bólu. Baliśmy się, że nas kierowca wypierdzieli z autobusu, ale na szczęście tak się nie stało. Próbowaliśmy ją uspokoić w tym autobusie i dać jej do zrozumienia, że nic jej już nie grozi.

Następnego dnia, w poniedziałek 9 lutego 2004 roku wziąłem Dianę z samego rana do weterynarza. Wtedy nie znałem innych lecznic weterynaryjnych w Dąbrowie Górniczej, niż lecznica "na Alejach" i dlatego tam poszedłem. Tego dnia była odwilż, bo była to "ciapa" zamiast śniegu i padał deszcz ze śniegiem. Szedłem na piechotę z tym psiakiem około 2 kilometry w każdą stronę. Wtedy była to mała kruszynka, którą trzymałem w rękach i przytuliłem do siebie, a w krytycznych momentach okryłem ją swoją kurtką, aby nie zmokła. U weterynarza zarejestrowałem ją, założyłem jej książeczkę zdrowia, zważyłem ją (3 kg żywej wagi). Na poczekalni dała "koncert" i od razu tamci lekarze dali jej ksywkę "gwiazdeczka". U lekarza dowiedziałem się po uzębieniu, że miała około 3 miesiące. Sami lekarze nie mogli dojść co to za rasa. Jak sami powiedzieli, to był taki mieszaniec dobermana i jakiegoś wilczarza. Czarna sierść, podpalane łapy, żółte kropki na brwiach, a sama wyrosła na dużego psa (sięgała tak do kolan).

Niestety okazało się, że miała złamaną lewą przednią łapkę, a weterynarz tego od razu nie wychwycił. Dopiero za drugą wizytą. Pamiętam, że zaczęła jej ta łapka gnić, ale udało się ją uratować operacyjnie. Niestety doszły inne problemy. Nie wiem, czy ten dupek nie uszkodził jej organów wewnętrznych przy przerzucaniu jej przez ogrodzenie, zwłaszcza wątroby. Gdy była starsza, to co jakiś czas zaczęła wymiotować żółcią, a weterynarz cały czas diagnozował u niej "przeziębienie". Jak się potem okazało, miała uszkodzoną wątrobę i mogła zejść z tego świata w wieku 7 lat, w 2011 roku, ale za pierwszym razem się udało i przedłużyliśmy jej życie o 2 lata. Przy okazji zmieniliśmy weterynarza na lecznicę za Manhattanem, koło Szkoły Plastycznej, przy osiedlu Kosmonautów. Mogliśmy zrobić to wcześniej i to był nasz błąd.

Wracając jeszcze do roku 2004, ponieważ znowu odbiegam w przyszłość, szczenięce lata Diany były najlepszym okresem w moim życiu. Jak była młodsza to gdy spała, leżałem obok niej na narożniku i tuliłem ją do siebie i przysięgałem jej, że nie dam jej skrzywdzić. Niestety w maju 2005 roku musiałem iść do wojska i nie widziałem Diany aż do lutego 2006 roku, gdy wyszedłem do cywila. Pamiętam jej radość jak wróciłem do domu "na przysięgę", myślałem że dostanie p..... lca XD. Tak było za każdym razem, zwłaszcza gdy byłem już na przepustce w jednostce macierzystej JW 2209 w Murowanej Goślinie (około 30 km na północ za Poznaniem), kiedy przyjechałem do domu niezapowiedziany. Jaka była radość... Pamiętam też, że do wojska wziąłem sobie to zdjęcie, które powinno się pokazać w thumbnailu. Zostało ono zrobione w okolicach wakacji 2004 roku, gdy miała już około 8-9 miesięcy. Wtedy nie miałem jeszcze telefonu komórkowego z aparatem, bo były one wtedy nowością i były cholernie drogie. Wtedy jak ktoś miał telefon z kolorowym wyświetlaczem to już miał Szacun na Dzielni +20. Wziąłem to zdjęcie do woja, poucinałem trochę ranty, aby zmieściło się w portfelu. Po powrocie z wojska chciałem nadrobić zaległy czas i póki jeszcze była młoda, często chodziliśmy na spacery, później jak była starsza to już jej się nie chciało. Często chodziliśmy na polankę przed Parkiem Zielona, gdzie często chodzę w ramach Actifita. Teraz jest tam długa asfaltowa ulica, prowadząca do lasku, której zdjęcia często tutaj wrzucałem. Wtedy była tam kręta ścieżka i ogromna polana (teraz wszystko jest tam zarośnięte), po której Diana hasała, dopóki się nie zmęczyła.

Muszę przyznać, że bardzo brakuje mi tego psiaka. Czasami bywałem dla niej surowy gdy była niegrzeczna, czasem na nią krzyknąłem lub mocniej pociągnąłem, gdy wąchała w trawie zbędne rzeczy. Muszę przyznać, że jak na psa to była bardzo mądra i inteligentna. Takiego psa jak ona to już chyba nigdy nie będę miał. Praktycznie całe życie była z nami, też próbowała nas naśladować. Bardziej lubiła ludzi, nie wiem czemu, a bardziej była niechętna wobec psów. Miała tam swoją "paczkę", którą znała z dzieciństwa, ale gdy podrosła to nie była chętna do poznawania nowych psów.

Na zakończenie chciałbym przytoczyć słowa pewnej piosenki : "Dużo bym dał by przeżyć to znów, wehikuł czasu to byłby cud...". Niestety to nie będzie możliwe, ponieważ podróże w czasie (zwłaszcza w przeszłość), w tym wszechświecie nie są możliwe. Także jestem osobą, która dawno straciła wiarę w istnienie Boga i życia pozagrobowego i nawet nie łudzę się, że spotkam znów swoich bliskich "po tamtej stronie". Ale zawsze pozostają wspomnienia, w których nasi bliscy, którzy już odeszli, zawsze będą z nami. Dopóki będziemy o nich pamiętać.